Z cyklu 'Drobne sprawy które mnie wkurzają'...
Będąc kiedyś w za naszą zachodnią granicą zobaczyłem na terenie miejskim drobną stłuczkę, której sprawca - muskularny kierowca czarnej BMW zaraz po wyskoczeniu ze swojej limuzyny zaskoczył mnie kompletnie... Co było pierwszą rzeczą jaką zrobił miłośnik swojego BMW? Oczywiście obrzucił okiem straty (pobite reflektory, zderzak w kawałkach...), po czym, zamiast rozpocząć karczemną awanturę z drugim kierowcą, albo zadzwonić na policję... nasz bohater szybciutko poleciał do sklepiku stojącego tuż przy miejscu zdarzenia i ... wypożyczył stamtąd miotłę i posprzątał szczątki do kosza na śmieci...
Absolutny szok... stałem oniemiały i normalnie, po polsku gapiłem się...
Potem dowiedziałem się od znajomego lokalsa, że jest to oczywiste zachowanie - ponieważ społeczeństwo czuwa i gdyby nawet policja nie została wezwana, to lokalni mieszkańcy (może i właściciel sklepiku) zapisali już sobie tablice auta i jeżeli odjedzie bez posprzątania numer ten zostanie szybko wykorzystany. A policja bez ceregieli wlepi mandat i wezwie firmę sprzątającą, która fakturkę wyśle do sprawcy! Dlatego też wszyscy szybko sprzątają po swoich autkach, a jak wypadek jest poważny, ktoś ucierpiał, nie ma komu sprzątnąć, to sprzątanie będzie wykonane na koszt ubezpieczyciela... Tyczy się to też usuwania szkód w zieleni, zniszczonych płotków, drzewek itp itd... Jakie proste a jakie skuteczne - u nas natomiast tygodnie po wypadku widać szkło, okruchy plastiku i poniszczoną zieleń - wszak miasto nie ma pieniędzy a od właścicieli aut nikt nie tego egzekwuje... Nie dałoby się tego jakoś zmienić?
0 komentarze:
Prześlij komentarz